Christopher Nolan potwierdza że jest wyśmienitym rzemieślnikiem i potrafi zręcznie prowadzić widza przez złożoną opowieść. Ma też ogromną ambicję, by zostawić po sobie Monumentalne Dzieło, którym na zawsze wpisze się w annały kina jako Wielki Twórca. Brytyjczyk ma natomiast tę słabość, że przy całej swojej doskonałości warsztatowej rozumie tylko jedną drogę ku tej wielkości: WIĘCEJ WSZYSTKIEGO.
„Odyseja” od początku stawia na pełny frontalny atak przepychem aktorskim i audiowizualnym. Dwustupięćdziesięciomilionowy budżet produkcji rozpychają wypłaty dla powciskanych na siłę Znanych Twarzy™. Na topie jest obecnie Zendaya, więc Nolan pisze dla niej ckliwą rólkę poboczną. Penelopą zostaje Anne Hathaway, wysiłkiem każdego mięśnia twarzy walcząca z botoksem, Odysem – przypakowany Matt Damon. W niemal każdą wymienioną z imienia postać wciela się Ktoś Znany: Pattinson, Holland, Bernthal, Leguizamo, Theron, Page, Nyong’o… cała obsada wygląda jak lista gości na oskarowej gali – nieprzypadkowo, jak mniemam – ale dla mnie osobiście film traci przez to na atmosferze. Nie widzę Penelopy tylko dr Brand z „Interstellar”; nie widzę Odysa tylko posiwiałego Jasona Bourne’a; nie widzę Telemacha tylko Spidermana w nieudanym greckim cosplayu. I co tu, do licha, robią Frank Castle i Chani!?
Jak to u Nolana, nie może też zabraknąć kombinatorstwa scenariuszowego. Z jednej strony, Homer nie porządkował przebiegu swojego eposu chronologicznie i scenariusz filmu w dużej mierze oddaje ten nieliniowy upływ czasu. Ale Nolan potrzebuje więcej. Pierwsze dwa kwadranse adaptacji cechuje takie zagęszczenie zmian wątku, a towarzyszy im takie szaleństwo montażowe, że przez ten czas film ogląda się trochę jakby był trailerem samego siebie. W tym etapie wychodzi na wierzch pewna schematyczność stylu Nolana, który podchodzi do filmu jak do partii szachów: zaczyna od oprowadzenia widza po szachownicy świata przedstawionego, w którym jak figury rozstawia kluczowe postacie i wątki, a dopiero po skończeniu przygotowań przechodzi do „partii”, pozwalając rozgrywać się wydarzeniom. Nie miałbym o to aż takich pretensji, gdyby nie sposób, w jaki brytyjczyk upewnia się, że wszyscy na sali na pewno zrozumieli kto jest kim, komu na czym zależy i komu powinniśmy kibicować. Często wkłada postaciom w usta kwestie niezręczną dosłownością podpowiadające, że wierność klimatowi materiału źródłowego ustąpiła trosce o kompatybilność ze zdolnościami poznawczymi pełnego przekroju grupy docelowej.
Twórca „Incepcji” wyraźnie walczy o wyniki box office, ale nie pozostawia też złudzeń, że „Odyseja” ma być jego zwycięskim kuponem w wyścigu po Oskary. Jako strategię oczarowania krytyków przyjmuje interpretację eposu w oparciu o aktualne dziś konteksty: Penelopa staje się niewolnicą patriarchatu, Kirke przemienia ludzi Odysa w świnie z obawy przed gwałtem, a w postaci samego Odyseusza pozwala doszukiwać się metafory amerykańskiego żołnierza wracającego z misji z PTSD. Stara się przy tym jednak, by całościowa wymowa jego scenariusza pozostawała Większa Niż Życie. Ckliwie cytaty o naturze cywilizacji, potrzebie podboju, trwodze wojny – zwłaszcza w trzecim akcie – za bardzo przypominają nadęte poematy odczytywane z offu w filmach Terrence’a Malicka. Tekst o „kończącej się erze brązu” może porazić nie tylko znawcę historii.
Skoro już o wierności historycznej mowa, to przyznać trzeba, że gdzieś zgubił się ten Christopher Nolan, który naukową wiarygodność „Interstellar” markował współpracą z Kipem Thornem, późniejszym laureatem nagrody Nobla z fizyki, czy przemalowywał Spitfire’a na potrzeby „Dunkierki”. W „Odysei” anglik kończy tego typu zabawy i wizualnie odjeżdża w kierunku „rule of cool”. Sam przebieg jego opowieści jest wprawdzie w większości zgodny z treścią eposu, nie licząc pewnych skróceń, pominięć i reorganizacji wydarzeń, co wydaje się nieuniknione – mówimy przecież o utworze, którego recytacja w całości zajęłaby kilkanaście godzin. Strona artystyczna natomiast przypomina plan generycznego fantastycznego fantasy, luźno opartego na popularnej percepcji „starożytnej Grecji”. Niemal każdy rekwizyt użyty w filmie można wziąć pod lupę i krytykować, ale nie będę powtarzał tutaj roboty ludzi znacznie lepiej ode mnie do tego wykwalifikowanych: przeczytaj artykuł Spencer McDaniel z jej bloga „Tales of Times Forgotten” (zwłaszcza sekcję „Anachronisms”). Od siebie podkreślę komiksowość zbroi Agamemnona, wyglądającej raczej jakby Nolan wygrzebał z szafy stary kostium Christiana Bale’a z trylogii „Batmana” niż coś, co mógł na siebie założyć mityczny król. Rozczarowujące, że przy takim budżecie i reputacji, Nolan postanowił pójść w kierunku netfliksowego fantasy.
Mimo tych wszystkich niedoskonałości film ma jednak „to coś”, rzadkimi momentami się ujawniające. Kiedy cichną dudniące basy imaksowego audio, opadają plastikowe zbroje, kiedy zwalnia szaleńczy montaż próbujący upchać w 3 godziny wszystko i jeszcze trochę, kiedy hollywoodzkie twarze chowają się za ażurową przesłoną i pod obdartym kapturem. Wtedy wychodzi z „Odysei” pierwiastek duszy, który działa; pierwiastek, którym podszyty był „Oppenheimer” i może jeszcze „Dunkierka”. Takiego Nolana wolę, Nolana który robi swoje i tylko swoje, a nie obraca wszystkie pokrętła na 11 w szołbiznesowej pogoni za nagrodami.
Za takim Nolanem tęsknię.
Doskonałość jest osiągnięta nie wtedy, gdy nie można nic już dodać, ale wtedy, gdy nie można już niczego ująć.
Antoine de Saint-Exupéry
Moja ocena:
PS: marzy mi się wersja reżyserska „Odysei”, dla odmiany krótsza o jakieś 40 minut.