Projekt Hail Mary (2026)

Mam z „Projekt Hail Mary” kilka problemów. Największy z nich to zdecydować, co zirytowało mnie w tym produkcie bardziej: infantylny humor przenikający każdą scenę? kartonowe postacie bez charakteru? pozowanie na sci-fi bez śladu zainteresowania sci? a może zupełny brak oryginalności, przez który film sprawia wrażenie, jakby scenariusz wygenerowało AI?

Reszta tekstu zawiera nieznaczny spojler do fabuły:
Gosling w połowie spotyka kosmitę i reszta filmu zajmuje się już prawie wyłącznie ich relacją.

Nie no, „chómor” chyba najbardziej. Cały film napisano infantylnym językiem próbującym imitować komiksowo-zabawowy klimat marwelowskich telenowel. Ponieważ u marwela fundamentalne założenie (wyposażeni w super moce ludzie ubierają śmieszne kostiumy i ratują świat przed innymi dziwolągami) jest inherentnie absurdalne, większość filmów produkowanych w uniwersum musi być zrobiona na dowcipnie – z reguły nie udaje się z poważną twarzą opowiadać takich historyjek, trzeba widzowi co kilka rzucać w twarz żarcikiem, żeby nie zapomniał, że to tylko zabawa. Pomysł w Hail Mary jest co prawda zupełnie sensowny, ale księgowi z Amazon Prime Studios byli zainteresowani wyłącznie naśladowaniem sprawdzonego przez bardziej doświadczoną wytwórnię schematu. Dlatego film (w reżyserii jakichś tam bezimiennych rzemieślników na kontrakcie), podobnie jak marwel, nie pozwala sobie ani na 5 minut powagi. Każda scena musi ostatecznie zostać przełamana wstawionym z generatora „żartem” albo „uroczą scenką”, najczęściej opartą o to, że Ryan Gosling się wywraca albo śmieszny ludzik robi cute minkę. Nawet wzniosła (powiedzmy) scena zbierania próbek w atmosferze Tau Ceti, ładnie skądinąd wyrenderowana, musi kończyć się marwelowskim one-linerem przypominającym, żeby wyjąć kija z dupy bo to tylko śmieszny filmik.

Aczkolwiek jak myślę o Goslingu, to jego postać – zajmująca przecież minimum 80% czasu ekranowego – też zasługuje na srogą krytykę. Oczywiście nie chodzi mi o jego rolę, bo to, co mu napisano, odegrał całkiem nieźle. Co w sumie należy wyraźnie i szczerze pochwalić, ponieważ cały opis granego przezeń bohatera zmieściłby się na serwetce. Dosłownie: „były naukowiec, wydalony za ekscentryczność, obecnie biedny nauczyciel; bystry, tchórzliwy, żartowniś, fajtłapa” – to wszystko! Facet nie ma żadnej przeszłości, żadnej teraźniejszości, żadnych celów, żadnych preferencji, cnót, przywar, żadnych cech wyróżniających. Nic o nim nie wiadomo, a everymańska twarz Goslinga czyni go jeszcze bardziej nijakim. Podobnie tekturowe są wszystkie inne postacie w filmie, nie żeby było ich bardzo wiele: o granej przez Sandrę Hüller kierowniczce(?) nie da się napisać wiele więcej, a zespół naukowców w tle to po prostu bezosobowe kukiełki z przypiętymi kwestiami dialogowymi (50:50 infodumpy popychające fabułę i gównożarciki). Pod tym względem jest tu naprawdę sucho.

Nie inaczej rzecz wygląda z grootem, kosmitą spotkanym przez Goslinga w głębinach kosmosu. Czy dzieło nakręcone za 200 milionów baksów przez drugą największą na świecie firmę może bawić się w science-fiction pokroju „Arrival” i dyskutować nad hipotetycznymi ścieżkami ewolucji dziejącej się lata świetlne od nas? Nie wiem. Na pewno nie, jeśli chce naśladować szybkie, zabawne produkty marwela. A ponieważ to właśnie zlecono Drew Goddardowi, nie dziwi mnie zbytnio, że amazonowy groot jest po prostu ludzikiem zapakowanym w kamienną skórkę. Obcy mają identyczny do naszego zestaw koncepcji, ich kod kulturowy i język bezproblemowo mapują się na nasze, a co najważniejsze! rozumieją ze słuchu angielski, dzięki czemu sklecenie translatora między grootiańskimi melodyjkami a naszym zajmuje Goslingowi popołudnie. Żeby było jakkolwiek „obco”, kosmiczny kamyk posługuje się echolokacją i nie ma zdolności wybudzania się ze snu nawet w razie zagrożenia (xD). A żeby z czegoś wyciskać dramatyzm, kosmici – zdolni do syntezy mechanizmów z metalicznego ksenonu, zbudowawszy statek zdolny do lotu międzygwiezdnego – okazują się nie rozumieć koncepcji promieniowania ani teorii względności. Nie szedłem do kina z oczekiwaniem twardego sci-fi rangi „Odysei kosmicznej” czy „Obcego”, ale zaklasyfikowanie „Projektu Hail Mary” do gatunku sci-fi w ogóle oznacza całkowitą dewaluację tego terminu.

Większość seansu z produktem Amazona była dla mnie męcząca, niemniej jeszcze długo po nim szukałem jakichkolwiek cech pozytywnych; czegoś, dzięki czemu mógłbym z czystym sumieniem postawić temu więcej niż jedną gwiazdkę. Gdyby chociaż mimo tych wszystkich imitacji próbował robić coś własnego… ale algorytm nie pozwolił wytwórcom na oryginalność w jakiejkolwiek kwestii. Niezwykle płaska fabuła nie buduje ani grama napięcia – na statku został sam jeden naukowiec i gra go aktor za 8 cyfr rola, a wagą jego misji – los nie tylko Ziemi ale wszystkich gwiazd w galaktyce… CIEKAWE CZY MU SIĘ UDA. Typowy dla kina komiksowego brak konsekwencji decyzji podejmowanych przez bohaterów oznacza, że liźnięty w retrospekcjach wątek odwagi i poświęcenia nie prowadzi donikąd. Nawet zdjęcia musieli podkraść od innych – vide scena obrotowego dokowania czy wizyty na statku kosmitów, wzięte bezwstydnie z „Interstellar”. Nie ma tu nic ponad rekompozycję wzorców już ogranych w najpopularniejszych i najlepiej zarabiających blockbusterach, na czele z głupiutkimi serialami marwela. Dosłownie jakby nauczyć neuronową papugę na scenariuszach z topki box office.

Jedna gwiazdka czy jednak dwie? Nawet gdybym się jeszcze wahał, widząc i niedowierzając pianiu filmwebowych krytyków przyznających temu średnio siedem czuję przekorny obowiązek zaokrąglić notę w dół.

Moja ocena:

1 (nieporozumienie)

Autor

Przemek

Jestem Przemek. Oglądam filmy i gram w gry. Czasem nawet coś o nich napiszę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *