36. komnata Shaolin (1978)

Zarys fabuły brzmi jak typowe wschodnie kino sztuk walki epoki post-brucelee’owskiej, ale jest znacznie gorzej: we wschodni skansen pod popularnym wówczas szyldem Szaolin wsadzono szkielet generycznej historyjki, bardzo chudy w mięso bijatyk. Strasznie nudny film, dodatkowo irytujący kuglarskim udawaniem dalekowschodnich filozofii.

„36. komnata Shaolin” opowiada historię młodego chłopaczka, który przez pechowe zrządzenie losu musi uciekać ze swojego miasteczka. Ranny, trafia do zakonu Szaolin, po czym gdy odmawia jego opuszczenia, oddaje się długim treningom by zostać potężnym wojownikiem i zemścić się na szlachcicu, który zabił jego ojca i przyjaciół. Zarys fabuły brzmi jak typowe wschodnie kino sztuk walki epoki post-brucelee’owskiej: ot, pojawia się koleś, dostaje łupnia, trafia pod opiekę mistrza, dzięki któremu sam staje się „dającym łupnia”, co demonstruje w ostatecznej walce. Dlatego raczej niż na samym starym jak świat szablonie, skupmy się na jego realizacji.

Zebranie początkowego łupnia, uczieczka z chwyconego surową ręką lorda miasteczka i dostanie się do tytułowego zakonu zajmuje młodemu San Te pół ekranowej godziny – tę część filmu trzeba „przetrwać” ze względu na jej nudę i brak konsekwencji. Służy ona tylko wprowadzeniu postaci młodzika i wrogiego lorda, oraz zarysowaniu konfliktu. Konflikt ten nie będzie wpływać w żaden sposób na resztę filmu, ponieważ następną godzinę San Te spędzi w zakonie, kompletnie odizolowany od świata zewnętrznego i jego problemów. Zły lord wróci na ostatni kwadrans, żeby zebrać finałowy łomot w trakcie umiarkowanie spektakularnej sekwencji, zakończonej dziwacznym cięciem w połowie ciosu „z dyńki”. Żadna inna postać z tego segmentu nie ma znaczenia; należy zatem skonstatować, że „opowieść miasteczka” nie jest głównym wątkiem filmu. Dlaczego zatem zajmuje ona około 40 minut czasu ekranowego? Reżyser filmu, Chia-Liang Liu, odszedł w 2013 roku, a scenarzysta Kuang Ni – w 2022, więc pewnie nigdy się nie dowiemy.

Zamiast tego, lepiej zrobić założenie, że nie o to chodzi w „36. komnacie”. Tytuł i plakaty skupiają się raczej na postaci San Te ćwiczącego sztuki walki w zakonie Szaolin, sugerując, że to właśnie ten, prawie pięćdziesięciominutowy, rozdział jest główną częścią filmu. Potrafię sobie wyobrazić dwie grupy ludzi, którym ten segment się podoba: pierwszą stanowią chłopaki w podstawówce na przełomie lat 80/90, które oglądały film na VHSie i wpadły w fazę na wschodnie sztuki walki; drugą – fani gatunku jRPG. Ta część scenariusza ma bowiem strukturę bardzo podobną do wschodnich gier wideo: główny bohater spędza połowę czasu levelując poprzez ćwiczenie jakichś absurdalnych umiejętności typu „kręcenie kółek kijkiem” albo „uderzanie głową worków z piaskiem” czy „bicie w dzwon ciężarkiem na patyku”. Każda lekcja ma dokładnie tę samą formułę, tzn. bohater zaczyna jako kompletny nowicjusz nie radzący sobie z podstawami, ale kilka tygodni mozolnych ćwiczeń zmienia go w klasowego prymusa popisującego się przed wszystkimi, za co zostaje nagradzany „promocją” do trudniejszej klasy, pełnej kolejnych dziwacznych zadań. Lekcje kontynuowane są tak długo, aż gość nie wbije poziomu odpowiedniego by rzucić wyzwanie jednemu z nauczycieli. Ten zaś zachowuje się jak przeciętny boss z automatowej bijatyki: spuszcza młodemu łomot, ale pozwala mu podchodzić ponownie, do skutku, dowolną liczbę razy (albo do wyczerpania żetonów, he he) – wystarczy bowiem pokonać go tylko raz, by zyskać renomę i prawo do nauczania własnej klasy.

Może gdyby te poszczególne sekwencje ćwiczeń czymś się wyróżniały, może gdyby pokazywały nam coś nowego o bohaterze, albo przemycały jakąś ciekawą myśl – dałoby się to oglądać. W przedstawionej w filmie formie są jednak okropnie powtarzalne i nudne. Owszem, oddaje to w pewnym sensie realia treningów mnichów Dalekiego Wschodu, ale ten akurat aspekt można było odpuścić. Tym bardziej, że film nie zadaje sobie trudu zachowania nawet odrobiny wierności względem dalekowschodnich filozofii. Kilka teatralnych słówek o pokorze czy harmonii, które bohater słyszy zaraz po wprowadzeniu do klasztoru, szybko zostaje zapomniane. Mistrzowie przyklaskują popisującemu się przed wszystkimi San Te, awansując go na kolejne poziomy wtajemniczenia, i to pomimo jego początkowej zapowiedzi użycia zdobytych umiejętności do uczynienia zemsty. Wszystkie lekcje mają charakter fizyczny, żadna nie jest nakierowana na rozwój wewnętrzny, zgłębienie jakiejś mądrości. Wreszcie, jego ambicje zostają „ukarane” możliwością opuszczenia murów klasztoru i użycia swoich nowych sił do zamordowania wrogiego generała… po czym, żeby było jeszcze śmieszniej (czy smutniej, zależy jak kto bardzo szanuje buddyzm), mnich-morderca powraca i zostaje mistrzem w swojej własnej komnacie zakonu.

Rozumiem, że celem twórców było zrobienie wschodniej bijatyki na ówczesnej fali. Gdyby cała ta otoczka klasztoru, stroje mnichów i zgolone głowy miały zadanie tylko stworzyć powierzchownie wiarygodną atmosferę, w której następnie główny plan zajęłaby efektowna opowieść – to spoko. Problem w tym, że tej otoczki jest zbyt dużo, i ani ona nie jest wiarygodna, ani akcja właściwa efektowna. Połowa filmu toczy się w świątyni, a jednak żaden ton filozoficzny czy religijny nie wybrzmiewa; wręcz przeciwnie: wszystko zdaje się zaprzeczać filozofii buddyzmu, używanej w filmie jako okazjonalne hasełko. Z drugiej strony, „efektowne walki” stanowią jedynie niewielką część filmu, zajmując drugi plan za powtarzanymi do znudzenia idiotycznymi ćwiczeniami, a kiedy w końcu do nich dochodzi, okazują się rozczarowujące. Choreografie są mechaniczne: każda walka zdaje się mieć jedno i to samo tempo, różniąc się jedynie używanymi rekwizytami (trudno utożsamić te plastikowe, posrebrzone sprejem zabawki z bronią). Każdemu ciosowi towarzyszy to samo przerysowane „zium” i „łup” (nie zawsze zsynchronizowane z wizualnym ciosem), każdemu skrzyżowaniu „mieczy” – ten sam ostry, kłujący w uszy zgrzyt. Wszystkie pokazane „techniki” są ewidentnie udawane i nie wierzę, że ktokolwiek zajmujący się wschodnimi sztukami walk je choćby konsultował (nawet nie myślę o wykonywaniu), bo jasno widać, że w żadnym ze starć nikt nikogo nie chce pokonać. W filmowych pojedynkach liczą się dwie rzeczy: stawka – bo widz potrzebuje wiedzieć dlaczego się biją i jakie będą bójki konsekwencje w zależności od wyniku, powinno mu zależeć na którejś ze stron – i akcja – bo sama wymiana ciosów powinna być efektowna i dramatyczna. W „36. komnacie Shaolin” nie działa ani jedno, ani drugie.

Podsumowując: we wschodni skansen pod popularnym wówczas szyldem Szaolin wsadzono szkielet generycznej historyjki, bardzo chudy w mięso bijatyk, bo zamiast przyłożyć się do realizacji scen akcji, zmarnowano ~40% czasu filmu na przeraźliwie nudny rozdział absurdalnych „ćwiczeń”. Dzisiejsze kino rozwiązuje problem długotrwałego rozwoju bohatera za pomocą tak zwanego „montażu treningu”, gdzie teledyskowo łączy się krótkie ujęcia bohatera zażarcie ćwiczącego przed czekającym wyzwaniem, a w tle leci „Eye of the Tiger”. „36. komnata Shaolin” postanowiła zrobić z tego prawie godzinny segment stanowiący jej główny fokus i oglądać się tego nie da.

Moja ocena:

1 (nieporozumienie)

Autor

Przemek

Jestem Przemek. Oglądam filmy i gram w gry. Czasem nawet coś o nich napiszę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *