AlphaGo (2017)

Z filmami o tematyce około-technicznej jest taki problem, że nie do końca wiadomo, do kogo je kierować. Gorzej, gdy twórcy zagalopują się w upraszczaniu i zapomną, o czym w ogóle chcieli powiedzieć. Jeszcze gorzej, gdy zdarzy się to twórcom filmu dokumentalnego.

Z filmami o tematyce około-technicznej jest taki problem, że nie do końca wiadomo, do kogo je kierować. Z jednej strony chciałoby się opowiedzieć coś konkretnego, przybliżyć adresatom jakąś tematykę. Z drugiej – zaciągnąć przed ekrany szeroką grupę widzów. Tu pojawia się problem z założeniami dotyczącymi podstawowej wiedzy odbiorców i obawa, że „zgubimy” ich przy zbytnim zagłębianiu się w meandry specjalistycznej wiedzy. Stąd naturalna tendencja do upraszczania lub pomijania pewnych tematów; tendencja na szczęście nie uniwersalna, bo inaczej nie mielibyśmy takich fajnych rzeczy jak np. Czarnobyl czy Big Short.

„AlphaGo” podejmuje właśnie tej rangi temat, trudny i to podwójnie: dotyczy nie dość, że sztucznej inteligencji (a więc złożonej, matematyczno-informatycznej niszy), to jeszcze starożytnej azjatyckiej gry logicznej go (bardzo słabo znanej na Zachodzie). Kanwę dla dramatycznej warstwy filmu stanowi pojedynek zbudowanego przez grupę DeepMind tytułowego algorytmu z mistrzem świata Lee Se-dolem. Nie sposób odmówić potencjału temu scenariuszowi, gdyż starcia człowiek kontra maszyna pasjonowały ludzkość od zawsze. Tu jednak do walki dochodzi na przecięciu dwóch dziedzin dla przeciętnego Europejczyka czy Amerykanina co najmniej egzotycznych. Przed twórcami stanęło zatem wyzwanie umiejętnego dawkowania informacji: nie zalać widowni kartami podręcznika, ale jednak sformułować zrozumiały przekaz. Coś trzeba wyeksponować, a z czegoś zrezygnować.

Rozumiem zatem i w pewnym stopniu akceptuję niewnikanie w szczegóły zasad i strategii samej gry. Twórcy przyjmują pozycję „z boku”: gra jest sobie gdzieś w tle, oglądamy ją bardziej przez reakcje komentatorów, którzy mniej opowiadają o samych posunięciach a bardziej dają sygnały „to jest dobra pozycja”, „ten ruch to błąd”. Jest to w pewnym stopniu sensowne. Żeby wejść na jako taki poziom w szachach, należy nad nimi przepracować kilkadziesiąt czy kilkaset godzin. Go cechuje podobno jeszcze większy poziom skomplikowania. Logiczne więc, że twórcy postanowili nawet nie zaczynać wykładać reguł. Wiadomo, że choćby i pół filmu tłumaczyli taktyki, przeciętny widz nie zrozumie gry na poziomie pozwalającym na zachwycenie się pięknem arcymistrzowskiego posunięcia („boski” ruch 78). Jednak przekonywanie widza pozbawionego jakiejkolwiek wiedzy, że dane posunięcie jest wspaniałe i szokujące, przypomina trochę postawę nastolatka pokazującego nietechnicznej babci filmik z Fortnite’a i dziwiącego się, że babcia kiwa tylko głową z uśmiechem. Fajnym smaczkiem jest odtworzenie przebiegów wszystkich pięciu partii podczas napisów końcowych, ale faktem pozostaje, że „AlphaGo” nie jest filmem o go. Zrozumiałe, ale mimo wszystko trochę szkoda, że twórcy nie uwierzyli, że ich widownia może być nieco bardziej lotna od babuni z anegdotki.

Rozumiem także bardzo powierzchowny opis działania samego systemu, który ekipa DeepMind zbudowała. Jest o tym raptem minutowa sekwencja, która (moim zdaniem) laika nieszczególnie przybliży do zrozumienia mechanizmu, a ktoś posiadający już odrobinę wiedzy poczuje po niej raczej niedosyt. Żeby nie było niejasności: nie jest to problem tajemnicy firmowej – można wszak znaleźć artykuły twórców, w których swoją ideę dokumentują (wprawdzie bez technicznych detali umożliwiających reprodukcję wyników, ale zgodzimy się chyba, że aż taki poziom szczegółowości nie jest w filmie potrzebny). Twórcy stwierdzili po prostu, że nie ma co szaraczkom robić wykładu z AI, bo ci i tak niczego nie zrozumieją. Tytułowa AlphaGo staje się w filmie czarną skrzynką, która po prostu gra w grę. Zastanawiające jednak, że twórcy nie dostrzegli paradoksu takiego podejścia. W jednej ze scen wywiadów z DeepMind, jeden z członków ekipy wypowiada się ze szczerym zdziwieniem, że niektórzy ludzie personifikują Alphę, wypowiadając takie słowa jak „chyba zrobiła tutaj błąd”, „nad czym tak długo myśli?”. Czy nie jest to spowodowane właśnie przez traktowanie tej klasy narzędzi jako magicznych skrzynek, w których nie wiadomo co siedzi?

Nie rozumiem natomiast tak lakonicznego potraktowania konsekwencji końcowego wyniku. Owszem, narratorzy nawiązują w jednym czy dwóch zdaniach do legendarnego starcia Kasparow-DeepBlue, ale nie zastanawiają się w ogóle nad kontrowersjami towarzyszącymi tamtemu meczowi, ani nie wnikają w różnice między jego wynikiem, a wynikiem Sedol-AlphaGo. Nie dowiadujemy się, dlaczego temat filmu miałby być tak naprawdę ważny! Mimo umieszczenia kilku krótkich wywiadów z ekspertami AI, nie ma żadnych konstruktywnych rozważań nad wpływem wyniku meczu na rozwój technologii czy choćby samą dziedzinę (go oraz inne gry).

Ta część wpisu może stanowić spoiler do fabuły filmu. Rozwiń, jeśli nie przeszkadza Ci znajomość wyniku meczu, bądź już go znasz.
Brakuje nawet przemyśleń w stylu „a może cały czas tylko wydawało nam się, że rozumiemy grę, podczas gdy graliśmy w nią źle, a dopiero AlphaGo pokazała nam nasze słabości”. Świat szachów szybko pogodził się z tym, że człowiek nigdy już nie wygra z komputerem. Ale szachiści przekuli to w sukces – dziś wszyscy, z arcymistrzami z topki rankingu włącznie, trenują z komputerowymi silnikami szachowymi, które widzą więcej i głębiej. Efekty analiz komputerowych widać w przebiegach partii ludzkich!

Wreszcie, nie uświadczymy w filmie żadnych bardziej globalnych refleksji, sięgających poza światek go. Bo skoro sztuczny system w jakimś stopniu opanował zasady jednej z najbardziej skomplikowanych gier logicznych bez ich uprzedniej znajomości (wyłącznie rozgrywając sam ze sobą partie!), to czego jeszcze może się w taki automatyczny sposób nauczyć? Trudno się jednak temu dziwić. Skoro o samej technologii powiedziane jest najmniej ile się tylko dało, to nie sposób potem spojrzeć na tej podstawie szerzej i doszukać się powiązań z innymi tematami.

Znalazło się w filmie miejsce na pofilozofowanie. Dostajemy kilka frazesów pokroju „go jest jak zwierciadło, w którym dostrzegamy samych siebie”, narrator docieka cóż takiego zobaczył w owym zwierciadle sam Lee Sedol, jak wpłynął na niego ten mecz i związana z nim medialna otoczka. Proszę mnie źle nie zrozumieć, ta strona obrazu działa akurat całkiem nieźle. Te kilka fragmentów skupiających się na postaci Lee, jego wypowiedzi i przemyślenia, to właśnie coś czego nie znajdzie się na artykule w Wikipedii traktującym o meczu. Film bądź co bądź dokumentalny powinien tego typu zawartości być pełen i dobrze, że w tym przypadku tego nie pominięto.

Problem w tym, że to raptem kilka scen w „AlphaGo”. Poza nimi, wszystkie kwestie merytoryczne są potraktowane, mówiąc najdelikatniej, luźno. Jeśli więc film nie mówi ani o technologii (żeby nie wyjść na dokument techniczny), ani o go (żeby nie wyjść na lekcję gry), ani o wpływie rozwijającej się sztucznej inteligencji na ludzkość (dlaczego?)… to o czym on mówi?

Głównym problemem „AlphaGo” wydaje mi się niewiara w intelekt widza. Twórcy chyba uznali, że skoro treść mają zbyt niedostępną dla przeciętnego odbiorcy, to olać treść – skupmy się na tym, co odbiorcy łatwiej będzie zrozumieć. A najłatwiej zrozumieć emocje. Potwierdzają to fragmenty skupiające się na Lee: niech widz nie męczy się analizą systemu grającego, dajmy mu posłuchać gościa, utożsamić się z jego uczuciami. Widać też próbę zrobienia widowiska za pomocą zabiegów formalnych, takich jak pieczołowicie zaplanowana praca kamery, zręczne rozkładanie akcentów i sterowanie nastrojem, pomagający w tym dobór muzyki, a w mniejszym stopniu także narracja. Problem w tym, że te elementy formalne przeważają nad konkretnymi fundamentami w postaci bardziej merytorycznej (porównaj: „Apollo 13” – jak tam budowane było napięcie). Czy tak powinien wyglądać film dokumentalny?

„AlphaGo” nie tylko utknęło w niezręcznym martwym punkcie między dramatyzacją a dokumentem. Braki w treści są na tyle problematyczne, że aż niektórzy komentujący sugerowali (spojler w linku), że mecz został w pewnym stopniu ustawiony przez organizatorów.

Prawie pewne, że tak nie było. Odpowiedź na pytanie dlaczego zawiera duży spojler do filmu. Wróć po seansie ;)
„Boski” ruch 78 Lee Sedola w partii 4 był ruchem, którego maszyna nawet nie brała pod uwagę. Ale dlaczego!? Film spędza nad tym może 20 sekund, więc rozwińmy nieco. Pierwszy komponent AlphaGo odpowiada za wybór z dziesiątek legalnych w danej pozycji ruchów jakiegoś mniejszego zbioru dobrze rokujących ruchów-kandydatów. To kluczowy składnik, dzięki któremu komputer nie marnuje czasu na analizę „głupich” posunięć, a zamiast tego oblicza obiecujące warianty na ileś ruchów w przód. Problem w tym, że ten predyktor nauczony został na pewnej liczbie gier arcymistrzów – ludzi – między innymi tych, którzy komentowali grę na żywo. Tych samych, którzy zagraniem Lee Sedola byli totalnie oszołomieni, bo żaden z nich również nie brał go pod uwagę. Lee rzeczywiście wytrącił Alphę z równowagi – algorytm nigdy nie przeliczał tego wariantu, dlatego przez pewien czas szacował (na podstawie dotychczas uzyskanej pozycji), że ma przewagę… a dopiero potem „zdał sobie sprawę”, że faktycznie to posunięcie jest bardzo groźne. Komentatorzy znający się bardziej na AI niż go, zgodnie opisywali ten scenariusz jako typowy dla algorytmu typu Monte Carlo Tree Search (leżącego u podstaw AlphaGo) – w uproszczeniu: jeśli gra idzie według scenariusza analizowanego przez MCTS, to wszystko jest w porządku; lecz jeśli algorytm zostanie wybity z przeanalizowanej ścieżki, to bardzo trudno jest mu na nią powrócić, a w konsekwencji zaczyna dokonywać bardzo słabych, czasami nonsensownych wyborów. Stąd śmiech komentatorów z kolejnych posunięć Alphy, która po tym ruchu jakby „zapomniała” jak się gra.

To eksponuje wreszcie największą wadę obrazu Grega Kohsa. W nowoczesnym świecie AI jest wszechobecne już w tej chwili, a będzie jeszcze bardziej. Jest przy tym obiektem licznych kontrowersji, wynikających bardziej ze społecznego niezrozumienia i braku wiedzy na temat tej klasy technologii (pomijam tu celowo wątki dotyczące prywatności/inwigilacji – nie o tym jest film, nie o tym jest tekst). Ten brak wiedzy rodzi podejrzliwość, a w konsekwencji niechęć czy wręcz strach. Jest to po części wina badaczy, którzy często wolą spędzać czas w laboratorium, rozwijając naukę, niż propagując wiedzę, uświadamiając społeczeństwo. Ale po części winne są też media, które wolą sensację od wykładu.

Filmów-wykładów, oczywiście, nie jestem zwolennikiem (choć ktoś może nie chcieć się ze mną zgodzić, uznając że dokument powinien być wykładem). Uważam jednak, że potrzebne jest odzieranie AI – i całej wysokiej technologii! – z magicznej otoczki. Da się i należy pokazywać sztuczną inteligencję jako to, czym naprawdę jest: sprytnym obliczeniem, które przez ludzi zostało wymyślone; narzędziem – nieraz, jak się okazuje, zawodnym. W rzeczywistości, w której emocje ścierają się z racjonalnością, twórcy „AlphaGo” mieli szansę położyć cegiełkę do budowy powszechnego rozumienia technologii. Powiedziałbym wręcz, że jako dokumentaliści, mieli taki obowiązek. Niestety, obrali drogę łatwiejszą, stając po stronie emocji.

Moja ocena:

3 (słaby)

Autor

Przemek

Jestem Przemek. Oglądam filmy i gram w gry. Czasem nawet coś o nich napiszę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *